inni-i-ja blog pesymistyczny
Mam wspaniałe dzieci, dobrego męża, kochających rodziców , troskliwych teściów. Niby otaczają mnie ludzie, a jednak jestem sama. Nie mam z kim porozmawiać, więc wszystko opowiem Wam. Muszę to z siebie wyrzucić...

Na kozetce

Link 16.02.2011 :: 10:07 Komentuj (1)
Tak sobie myślę... Może źle , może dobrze... Ludzie idą do psychologa, zęby się wygadać , żeby ktoś ocenił, czy myślą/robią dobrze czy też źle. Nie mam tego luksusu, żeby iść do psychologa, nie mam żadnej przyjaciółki czy też nawet koleżanki której mogłabym truć dupę swoimi problemami. Ale mam Internet. Mozę nikt nie będzie czytał tych bazgrołów, ale może jak wyrzucę z siebie gniew i beznadzieję które mnie przepełniają to zrobi mi się lepiej i będę umiała docenić to co mam.


koszmarny dzień

Link 18.02.2011 :: 22:26 Komentuj (0)

Wczoraj zaczęłam się już śmiać, że samo założenie bloga odniosło skutek terapeutyczny. Humor prze ostatnie dni mi dopisywał i nawet wstrętne choróbsko nie powodowało myśli depresyjnych, no ale nastał dzisiejszy dzień... Rano na jednej nodze na ostatnią minutę przed dzwonkiem bąble wylądowały w szkole. Nie obyło się bez przykrej wpadki średniaka,ale o tym sza bo to wstyd opowiadać o 'takich' wpadkach przedszkolaka. Wystarczy, że się na dziecko wydarłam. Potem kilka kluczowych działań codziennych i pora odebrać dzieciarnię z rąk pedagogów. I co? i nic ! Środek lokomocji szlag trafił ! Wyobrażacie sobie 10 km maraton? Po bezruchu zimowym? Z zapranymi katarem zatokami? W taki miły orzeźwiający dzień? No właśnie ja też sobie nie wyobrażałam.
Idę spać. dziś już mam dość.




A bilans jednak wychodzi na 'plus' ?

Link 21.02.2011 :: 22:26 Komentuj (0)
Czy to możliwe, żeby te krótkie chwile radości i śmiechu rekompensowały ciągłą frustrację i niezadowolenie?


Powtórka z rozrywki

Link 23.02.2011 :: 23:25 Komentuj (0)
Tak żebyście nie myśleli, że u mnie mniej pesymistycznie - miałam dzisiaj powtórkę piątkowej awarii. Tak więc w ramach powtórki buty poszły w ruch w drodze ze szkoły. Na szczęście miał kto odebrać Młodego z przedszkola, więc ominął mnie 6 km spacerek. Mąż w końcu uwierzył, że awaria nie jest moim wymysłem. Ale i tak mi się dostało, że skoro wiedziałam o niej to powinnam upierać się przy swoim i wywalczyć naprawę. Ehhh.... Szkoda gadać....


Chorowicie

Link 28.02.2011 :: 23:14 Komentuj (0)

Byłam dzisiaj z dziewczynkami u lekarza 'tak na wszelki wypadek' ..... skończyło się na tygodniowym antybiotyku. Jutro jeszcze z synem pojadę, pewnie ma to samo co one tylko mniej rozwinięte albo zakamuflowane... A ja - wyrodna matka- myślałam, że sobie odpocznę- po 4-dniowym weekendzie z dzieciakami - przez najbliższe kilka dni bez dzieciaków.
I wymyślaj tu znowu czym ich zająć....




Świat do dupy

Link 06.03.2011 :: 15:01 Komentuj (0)

Nic się nie zmieniło. Nie mam argumentów w dyskusji. A czasem specjalnie nic nie mówię. Wiem, że to co powiem i tak może się tylko obrócić przeciwko mnie. Czasem po prostu lepiej przemilczeć, On się wygada, potem przetrawi to co powiedział i albo przeprosi albo wszystko po cichu wróci do 'normy'. Tylko we mnie za każdym razem coś gaśnie i mam mniej siły do zmierzenia się z kolejnym dniem, kolejnym kłopotem....




Miało być dobrze

Link 11.03.2011 :: 23:09 Komentuj (1)

a wyszło jak zwykle czyli do kitu. Teściowa się obraziła. W zasadzie to nie bardzo wiadomo o co. Wiadomo tylko, że nie chce ze mną rozmawiać. Prawdopodobnie poszło o to, że zaproponowano mi pracę, i że ja się na nią zgodziłam. W zasadzie to ciężko to nazwać pracą ot kilka godzin w tygodniu będę pomagała znajomym przy papierkach w firmie. Ale zdaje się przed Teściową roztoczyła się wizja moich dzieci, samotnych i opuszczonych. Dzieci, którym nie ma kto podać nawet kromki suchego chleba ( a trzeba wiedzieć, że najstarsze jest oczkiem w głowie Babci i niedożywienie tejże pociechy to grzech śmiertelny, nagminnie przeze mnie popełniany). Dzieci, których zapewne nie będzie miał kto odebrać ze szkoły i nakarmić. Dzieci, którymi się nikt nie będzie opiekował i nie dopilnuje,żeby ładnie wszystko zjadły. ...
.... i tak dalej w tym klimacie. Tak więc ogólnie mam przechlapane. Tym bardziej, że ostatnio faktycznie zdarzyło się, że drugie danie było dopiero na 19. Wtopa. Próbuję zmienić swoje nawyki, próbuję ustalać dzień wcześniej co i jak, próbuję obierać ziemniaki zaraz po śniadaniu. Naprawdę się staram. Co z tego skoro nie bardzo mi to wychodzi :(
Jestem organizacyjnym beztalenciem.
Myślałam, ze M mi pomorze. Przeliczyłam się. Poza techniczną pomocą w sprawie programu potrzebnego do pracy nic się nie zmieniło.




Powoli do przodu

Link 20.03.2011 :: 16:43 Komentuj (0)


Właśnie tak. Powoli i do przodu. Dzień za dniem. Dzięki pracy, która nie zajmuje mi zbyt wiele czasu w ciągu dnia i super-hiper-wspaniałym zrządzeniem losu mogę ją wykonywać w domu, mam jakieś zajęcie i przymus zebrania sie w sobie i nadgonienia z porządkami domowymi. A bo to ktoś niespodziewanie do nas przyjdzie, a to obiad trzeba przygotować tak żeby w każdej chwili móc się wyrwać na chwilę do wypisywania papierków bez szkody dla rodziny.
Niby jest wszystko dalej tak jak było, a jednak coś uległo zmianie. Może to wiosna.... Energii jakoś więcej we mnie... Nosi mnie żeby coś pozmieniać w moim otoczeniu, ale nie potrafię odczuć estetycznych ubrać w rzeczywistość wokół mnie. Na razie przeglądam Net i zbieram się w sobie...






Na opak

Link 22.03.2011 :: 22:47 Komentuj (1)


Zawsze kiedy mi się wydaje, że już jest ok, że daję radę, że ogarniam rzeczywistość życie daje mi kopa informując że wcale nie jest tak jak myślę. Nie inaczej było i tym razem. Tym razem była to spokojna rozmowa. Bez płaczów z mojej strony i wielkich pretensji ze strony przeciwnej. To było coś nowego. Ale w istocie problem pozostaje ten sam - JA. Podobno zmieniło się ostatnio moje podejście do dzieci, słownictwo i zachowanie. i Niestety nie do końca mogę się z tym nie-zgodzić. Muszę więcej czasu poświęcić dzieciakom. Dziś zauważyłam, że najstarsze dziecię zaczyna mieć coraz większe kłopoty z czytaniem, a powinno być odwrotnie.
Tak sobie myślę: Recepta jest jedna muszę poważnie ograniczyć moje najnowsze hobby - grę online. Uciekam do tego wirtualnego świata, bo tam jest prościej, ściśle określone algorytmy dające proste rozwiązania. Ludzie na forum dający namiastkę wspólnoty.
W sumie jak teraz patrzę na ostatnie zdania to kiedyś to już przerabiałam, lata temu. I przeniosłam wirtualną znajomość do świata realnego i na dzień dzisiejszy nie do końca jestem przekonana czy to się sprawdziło. Chyba coś się po drodze rozjechało.
A ja stwierdzam, że lepiej mi się żyje w wyimaginowanym świecie. Kiedyś, kiedyś były to książki, potem Internet. Jednak wszystko sprowadza się do mojej niechęci do starć z rzeczywistością.




Wiosennie

Link 03.04.2011 :: 14:27 Komentuj (0)

Słoneczko za oknem, ciepełko, w koło coraz bardziej zielono, kwitną pierwsze kwiaty to i mój nastrój lepszy. Wiosna to moja ulubiona pora roku. Dzień dłuższy, zielono, ciepło, słonecznie ale jeszcze nie za gorąco i co najlepsze: perspektywa,że do zimy bardzo daleko. Jednak mój humor i w tak sprzyjających warunkach potrafi powalić refleksją z płaczem na końcu nosa.




...

Link 07.04.2011 :: 07:21 Komentuj (2)


Moja 'praca' jest ostatnio źródłem ciągłych konfliktów. Ja jestem zadowolona bo widuję kogoś innego poza rodziną i najbliższymi sąsiadami a do tego dostaję jakąś dodatkową kasę (fakt minimalną, ale zawsze...). Ale okazuje się, że M. pomimo ciągłych zapewnień jak to będzie fajnie jak będę miała jakieś zajęcie ciągle jest niezadowolony. Zwłaszcza z tego, że czasem muszę poświęcić mój czas w godzinach wieczornych co koliduje z moimi obowiązkami wobec rodziny. Czy to naprawdę taki problem, że zajmę się czymś inny m przez godzinę kilka dni w tygodniu?
Strasznie flustruje mnie jego postawa, nawet jeżeli zwykle są to tylko żarty....




Po burzy

Link 07.04.2011 :: 23:02 Komentuj (1)


Już się nauczyłam, że burzę trzeba przeczekać. Więc czekam. Czasem wkurzona na M. robię rzeczy na które nie miałam wcześniej czasu. Niestety On ma potem satysfakcję , że dopiął swego i wyegzekwował coś czego nie zrobiłam wcześniej (dzisiaj np. skróciłam spodnie które skracałam od poniedziałku - ale to właśnie dzisiaj miałam wolną godzinkę bez dziecka najmłodszego....). Z burzy na burzę jest trudniej... Trudniej utrzymać chęć powrotu do stabilnej pogody. Czasem nie chcę już czekać na koniec i marzę by uciec. By nie było już następnego razu. Co by było gdyby..... Paskudztwo wraca niczym bumerang. Nie ma przecież żadnego 'gdyby', jest 'tu' i 'teraz' i musi tak pozostać. Nie ma innej opcji więc odganiam myśli niczym upierdliwą muchę.
Może nie powinno ale śmieszy mnie Jego zazdrość tym bardziej,że nie ma żadnej podstawy do zazdrości. Kto jak kto ale to właśnie On powinien wiedzieć ,że nie ma takiej możliwości. i już.
W tym chyba nie chodzi o innych facetów i sex tylko o samo poświęcenie czasu i uwagi komukolwiek innemu niż On. Zalatuje to 'psem ogrodnika'.... i na dłuższą metę jest cholernie męczące.




Żona idealna

Link 20.04.2011 :: 06:21 Komentuj (3)


Znalazłam kiedyś w necie poradnik idealnej żony. Nie pamiętam już dokładnie jak to szło ale było w klimacie: Pod nieobecność męża ugotuj , posprzątaj, zajmij się dziećmi tak by je wymęczyć, by po przyjściu ojca do domu nie dokazywały i poszły szybko spać. Przed godzina powrotu męża zrelaksuj się, odśwież, ogarnij dom, przygotuj posiłek, by mąż poczuł się dobrze po przyjściu do domu, skup na nim swoje zainteresowanie. I tak dalej i tym podobne w tym klimacie. Brzmi to może abstrakcyjnie i rzeczywiście zalatuje poradnikiem z lat 30-tych, ale doskonale oddaje zapotrzebowania M.
Jak On wraca do domu ro najlepiej żeby było posprzątane, ugotowane (on zje albo i nie w zależności od humoru), dzieci to najlepiej żeby już spały, bo nie daj co będą chciały spędzić trochę czasu z Ojcem, a ja mam być uśmiechnięta, wypoczęta i pełna zainteresowania dla Jego osoby.
W grę nie wchodzą:
-problemy z dziećmi (przecież to moja wina, bo ich nie dopilnowałam),
-moje zmęczenie (przecież On też nie siedział tylko ciężko pracował, a co ja takiego zrobiłam przez cały dzień? ),
-mój zły humor (jak wogólę śmię mieć zły humor!!-przecież jak rozmawialiśmy w ciągu dnia byłam w świetnym humorze)
- ...
Owszem nie jestem bez winy, brak mi umiejętności organizacyjnych i konsekwencji, ale też jestem człowiekiem i potrzebuje wsparcia, choćby psychicznego. Potrzebuję,żeby ktoś mi powiedział: "nie martw się jutro będzie lepiej", "damy radę", "oni z tego wyrosną", "nie przejmuj się tak bardzo".... A nie tylko "znów masz opóźnienie" (za późno obiad/kolacja), "opowiedz co dzisiaj robiłaś"(powiedz co robiłaś a zobaczysz że było dużo czasu żeby zrobić jeszcze kilka innych rzeczy)

To traktowanie jest strasznie poniżające i despotyczne, w zasadzie powinnam to wszystko olać a jednak potrafi mnie to zdołować i wpędzić w poczucie winy, że jestem beznadziejna i nie daję rady z prowadzeniem domu. Nawet nie wyobrażam sobie co by było gdybym poszła do pracy na pełen etat....

Jeżeli teraz zachowuje się okropnie sugerując czego to ja nie robię z listonoszem czy też pracodawcą (znajomy z dzieciństwa, mąż i ojciec 2 dzieci, przychodzi na kilka minut żeby zostawić dokumenty). Po tych gadkach czuję się jak dziwka co z każdym i wszędzie.(On twierdzi, że to tylko żarty i że jeżeli mnie to denerwuje to znaczy,że czuję się winna) To co by było w przypadku gdybym pół dnia spędzała w towarzystwie ludzi mu nie znanych...




Poświątecznie

Link 04.05.2011 :: 10:18 Komentuj (2)


Ostatni czas minął mi rodzinnie. Była Babcia, która gotowała i na długi czas wybawiła mnie z potrzeby wymyślania 'co dziś na obiad'. Była Mama która potrafiła okiełznać moją rozbrykaną gromadkę (chociaż i ona miała już serdecznie dość i 'uciekała' porobić coś w ogrodzie). Było ruchliwie i głośno. Nie było czasu na depresję i zadumę. Choć znalazł się czas na spięcie z M. Na szczęście dość szybko rozeszło się po kościach.

Dzisiaj już jest cicho i spokojnie. M w pracy, dzieciaki w szkole, Babcie wróciły do siebie. Mogę chwilę posiedzieć przy komputerze nie czując wyrzutów sumienia, że nie pomagam w kuchni, nie sprzątam, prasuję, myję... Obiad jest od wczoraj... Dlatego dzisiaj mam 'dzień dziecka'. Szkoda tylko, że skończy się już za 2h. Ale za to najmłodsze właśnie zasnęło mi na kolanach więc będą to TYLKO MOJE 2H.

Idę się przejść po ogrodzie i będę tylko chłonąć wiosnę, postaram się NIE MYŚLEĆ. Wezmę aparat i zapoluję na ładne widoczki.

ps. dziękuję za wasze komentarze. To bardzo miłe wiedzieć, że ktoś jest po drugiej stronie.




poświąteczne P.S.

Link 06.05.2011 :: 22:29 Komentuj (0)


I co? I nic oczywiście z mojego spaceru z aparatem nie wyszło. Dziecię nie dało się z kolan odłożyć do łóżeczka. Budziło się, marudziło, szarpało za włosy. Potem na dodatek rozdzwonił się telefon no i już było po spaniu. Tuż przed moim wyjściem po starszaki przyjechał M. Ucieszyłam się,że zostanie z maluchem, ale oczywiście zaraz usłyszałam, że lepiej żebym ją wzięła ze sobą bo uśnie w aucie (cóż, nie da się zaprzeczyć takiej pokrętnej logice) a on w tym czasie pójdzie już coś robić do ogrodu. No to zabrałam dziecię ze sobą. Nie muszę chyba dodawać, że wcale nie zasnęło i do wieczora było rozdrażnione. Cóż.... taka karma....




Wiosna, ach to ty

Link 09.05.2011 :: 23:57 Komentuj (4)

Wracaliśmy dzisiaj pieszo ze szkoły. Uderzyła mnie kolorystyka wiosennej łąki. Zielone pola oprószone były rdzawą czerwienią kwitnącego szczawiu i poprzetykane żółtymi punktami mleczy. Wyglądało to bardzo malowniczo i aż prosiło się o przeniesienie na papier. Nie widać tego gdy się jedzie samochodem.




Koszmarne dni....

Link 02.06.2011 :: 00:59 Komentuj (0)


To, że dzisiaj był dzień dziecka nie oznacza wcale miłego dnia. Wręcz przeciwnie. Dzisiaj nasiliły się koszmarne objawy ostatnich dni. Nie do końca rozszyfrowałam powody koszmarności ale jest już kilku 'winnych'.
Tak na dobre zaczęło się w niedzielę. Najstarsza miała temperaturę, najmłodsza kaszląca już drugi tydzień z rzędu - też nie wyglądała zbyt dobrze - decyzja: wizyta u lekarza. Efekt: osłuchowo czyste, może nasilone objawy alergii, może ukryty wirus. Obserwować. W dniu następnym znów wizyta u lekarza, synek rychał jakby miał płuca wypluć. Ale i tu ok. Osłuchowo czysty. Może objaw alergii (to teraz częste, a gardło czyste i temperatury nie było...)
Trochę to denerwujące co idę do lekarza to alergia (na nie-wiadomo-co). Sucha skóra - alergia, podkrążone oczy - alergia, wysypka - alergia, swędzenie - alergia, łzawiące oczy - alergia, temperatura, katar, kaszel.... nawet nie zdawałam sobie sprawy, że alergia może się tak różnie objawiać. Szkoda tylko, że nie wiadomo na co ta alergia. Bo odstawienie alergenów jest dla mnie paranoją. Próbowałam przez miesiąc z czekoladą, miodem, owocami drobnopestkowymi, orzechami i cytrusami, bo wydawało mi się, że z tego o wiele łatwiej zrezygnować niż z mleka, jajek (nie umiem gotować bez jajek!!!!), chleba.... Dzieciaki właśnie wtedy najbardziej marudziły o czekoladę, chciały na śniadanie tylko chleb z dżemem malinowym, na kolację herbatę z cytryną, a mąż jak na złość kupił płatki śniadaniowe z miodem i orzechami. Po miesiącu walki z wiatrakami machnęłam ręką. Zwłąszcza jak dotarło do mnie, że na śniadanie w przedszkolu podają chleb z nutellą a w szkolnym sklepiku córcia wykupuje czekoladki.
Ale wracając do koszmaru: syn jeszcze jako tako się trzyma, chociaż i on momentami przyjmuje "miałczący ton" i "piska", że nie potrafi się umyć bo nie wie od czego zacząć mycie zębów. Natomiast córki dzisiaj dały koncert popisowy. Wyły na zmianę lub w duecie i nie mogłam ich uspokoić. Obiad nie był zjedzony (oczywiście nie powinnam się dziwić skoro odbierając dzieciaki ze szkoły pozwoliłam im po drodze zjeść po lizaku - no ale w końcu 'dzień dziecka' więc miało być inaczej niż zwykle...). Mala też nie zjadła nic na obiad a potem jak w poprzednim dniu dostała temperatury. Dzisiaj doszło jeszcze rozwolnienie. Do wieczora obstawiałąm lekką grypę żołądkową, dopiero podpuszczona przez rodzinę obmacałam dziąsła małej. I o dziwo okazało się, ze idą nowe zębiska, a tą ewentualność wykluczyłam ze względu na wysoką temperaturę(kiedyś lekarka stwierdziła, że od zębów to temperatura max do 38,5 st.C). Wystarczył ibuprom i dziecię się uspokoiło, tylko spać iść nie chciało bo się przecież wyspało w ciągu dnia.
Przez te piski i marudzenia oraz nie zjedzony obiad nic nie wyszło z planowanego deseru. Trudno, jutro kupię im nowe truskawki a z tych dzisiejszych zrobię koktajl.




Stworzyłam potwora!

Link 08.06.2011 :: 00:10 Komentuj (0)
No tak, jeżeli nie masz wspólnego tematu z mężem trzeba go zarazić swoim bzikiem. Ostatnio z M trochę się rozmijaliśmy, brakowało nam wspólnych tematów do rozmów, czegoś poza dziećmi i domowym budżetem. Ja z nudów zarejestrowałam się do jednej z gier online. Bardzo to wciągające i po pewnym czasie poświęcałam już na nią każdą wolną chwilę co denerwowało M. Ograniczyłam więc zabawę do rozsądnego minimum. Jednak i to mu przeszkadzało... Zmieniłam więc taktykę i wciągnęłam w zabawę.... I tak stworzyłam potwora! M idzie przez grę jak burza, kombinując gdzie popadnie (on to już chyba tak ma, że bez kombinowania nie da rady) . Wciągnął nawet do gry swojego Tatę. Niby fajnie bo mamy teraz trochę więcej wspólnych tematów do rozmów, jednak jego kombinacje odbierają mi część radości z gry. Na szczęście jest to gra indywidualna gdzie inni gracze raczej mogą tylko pomóc a w żaden sposób zaszkodzić, więc mogę sobie po cichutku grać własnym tempem, nie biorąc udziału w wyścigu szczurów.


Gradobicie

Link 14.06.2011 :: 13:12 Komentuj (1)


potworna burza się ostatnio rozpętała nad naszą rodziną. Mam wyrzuty sumienia bo to ja zaczęłam (w sumie w dobrej wierze :( ), ale można się było domyślić, że coś takiego kiedyś będzie miało miejsce. Nie dajemy sobie rady z pewnymi sprawami i to niestety wychodzi w momencie kryzysu. Poszło ostro i ja byłam już zdecydowana na środki ostateczne, ale dałam radę wyhamować. Mam nadzieję, że na długo. Jedyny plus z tego, że nie myślę już tak intensywnie o śmierci. A czasami zdarzało mi się to często. Jednak mam do tego zbyt mało cywilnej odwagi. I musiało by to być raz a dobrze a nie żadne jakieś "straszenie". Teraz jednak do mnie dotarło, że mam 3 dzieci, które mnie potrzebują - matki. Matki może niezbyt rozgarniętej, idealnej, zadbanej, ogarniającej wszystko na około, ale mimo wszystko matki, która przy nich będzie. nikt im nie da tego co mogę dać ja. Mimo iż wydaje mi się, że nie mogę zbyt wiele, bo ani nie mam pieniędzy, ani nie jestem zbyt wylewna. Ale jestem. Jak mówie, że przyjadę po nie do szkoły to jestem, obiad też zawsze jakiś jest. Mogą się do mnie przytulić. Kto by miał im to dać? Babcie są takie, że na dzień dzisiejszy sama nie chciałabym już z żadną z nich mieszkać. Nie sądzę , żeby sobie poradziły z trójką dzieciaków na raz.

Powzięłam kilka postanowień i muszę je sobie chyba na ścianie napisać.

1. Muszę uświadomić mojej matce że dla moich dzieci jest tylko (aż!) babcią. Że mycie, sprzątanie, sprawdzanie lekcji, zwracanie uwagi jest moją działką, a jak ona zjawia się u nas jako gość to ma być gościem a nie sprzątać łazienkę, myć garnki i ustawiać wszystkich wokoło.

2. Muszę wymyślić plan na swoje życie i zacząć go realizować ! Za rok mała będzie już miała 3 lata i pójdzie do przedszkola, nie mogą wprawdzie liczyć, że uda mi się wygospodarować 9h /5x w tygodniu na pracę, ale też nie będę przecież siedziała sama w domu czekając aż dzieci wrócą ze szkoły.

3. Muszę popracować nad moim zdrowiem psychicznym, nie moge siedzieć na tyłku i dołować się jak bardzo beznadziejna jestem bo nie zarabiam a moje długi rosną, muszę odciąć pępowinę łączącą mnie z matką, muszę poprawić relacje z mężem. Obawiam się, że nie dam sobie z tym rady sama. Potrzebny mi psycholog i to dobry. Raz już byłam u psychologa. Siksa młodsza ode mnie na drugą wizytę zaprosiła mojego męża a on tak ją zakręcił (zawsze tak robi - ze mną też - i potem mam wyrzuty sumienia że dałam się podejść), że wyszłam na porcelanową lalkę wokół której wszyscy skaczą a mnie jeszcze źle... i nawet zupy mężowi na obiad nie mogę ugotować..

Jeszcze się nie pozbierałam po tym gradobiciu. Juz wiem, że podjęta przeze mnie decyzja odbije się kiedyś bardzo negatywnie (choć jeszcze nie wiem jak). Idę się zbierać dalej...




Czym jest miłość?

Link 30.06.2011 :: 22:47 Komentuj (2)


Ostatnio w trakcie jednej z naszych częstych kłótni (On tak tego nie nazywa w końcu przecież MY się WCALE nie kłócimy) dowiedziałam się, że pomimo wszystko mąż mnie kocha.
A ja już nie wiem... nie wiem czy potrafię kochać faceta który uważa, że się nie nadaję - w zasadzie chyba do wszystkiego, że nic nie robię w domu w ciągu dnia, że nie potrafię zapanować nad dziećmi, ubraniami, obiadem ,kolacją..... że nie potrafię przeciwstawić się własnej matce, że daję sobą pomiatać wszystkim dookoła (to że najbardziej pomiata mną On - tego nie zauważa).
Zauważyłam, że On lubi sobie pogadać, wyrzucić z siebie całą frustrację, potem nawet potrafi przeprosić i przytulić. Ale ja już się nie chcę tulić. Chcę spokoju, pewności, że będzie wszystko dobrze,że jakoś się ułoży... Na razie mam pewność, że jutro będę miałą zapuchnięte oczy i weekend nie będzie miły.




Na czym polega małżeństwo?

Link 02.07.2011 :: 00:11 Komentuj (4)


Tak sobie ostatnio o tym myślę i nie daje mi to spokoju. W zasadzie to nie bardzo mam jakieś pozytywne wzorce w tym temacie.
Dziadkowie się rozstali.
Rodzice się rozstali jak miałam jakieś 8 lat ( nie dotknęło mnie to jakoś, nie odebrałam tego osobiście, to była sprawa między nimi).
Teściowie są razem ale jakoś nie widzę zażyłości między nimi. Ot taki układ ekonomiczny, On zarabia na utrzymanie domu, Ona ten dom utrzymuje, sprząta, gotuje..
Sąsiedzi? Nie bardzo wiem jak to u nich jest. Starsi po prostu mieszkają ze sobą, jakoś tam dzielą się wydatkami i obowiązkami przy domu.
Młodzi? Dziwni jacyś. Nie ma o czym z nimi pogadać. Żadnych zainteresowań,żadnego hobby. Jej nigdy nie widziałąm z książką, wyszywanką, czy myjącą naczynia. On podobnie (no może siłownia i auto - ale też niezbyt rozwinięty temat). Chodzą do pracy (z tego co wiem finanse mają osobne), przychodzą, zabierają dziecko lat 2 i jadą do sklepu albo do rodziny troche posiedzieć.
Jak tak na tych wszystkich ludzi patrzę to się zastanawiam czemu mam traktować swoje życie jako złe? czemu nie mogę być zadowolona z tego co mam?
Mam męża który jakby nie patrzył ma zbliżone zainteresowania do moich (sporo robiliśmy razem przy komputerze: strony www, grafika, wspólne granie), lubiliśmy te same seriale i programy -no oczywiście nie wszystkie(teraz rzadko coś oglądamy razem - w ciągu dnia 'lecą' bajki, wieczorem już 'się nie chce'), czasem zdarza się nam grać w karty, gramy w tą samą grę online. Mamy 3 dzieci które wypadałoby razem wychować. On zarabia - ja siedzę w domu i może nie jest idealnie ale nie lepimy się do brudnej podłogi, coś do zjedzenia zawsze jest, a i czyste ubrania też są. No dobra - erotyka leży i przyznaję że głównie z mojej winy, ale po trzeciej ciąży, która nie była planowana naprawdę panicznie boję się czegokolwiek(zresztą to bardziej złożony temat).
Czy małżeństwo opiera się na seksie? Czy bez seksu nie ma małżeństwa?
Dlaczego nie wystarcza samo bycie razem, dążenie do wspólnego wychowania dzieci?
Co jeszcze jest potrzebne, żeby druga strona nie stwierdziła, zę "łączą nas tylko długi a jak je spłącimy to każde pójdzie w swoją stronę" (dzieci nie były brane pod uwagę w tej dyskusji)?

Najbardziej mnie boli w tym wszystkim, że dzieci są tego świadkami.
Moi rodzice rozwodzili się 'poza mną', rozwodzi się ze sobą a nie ze mną. Może dlatego,że Ojca było mało w moim dzieciństwie, nie odczułam zbyt dotkliwie jego odejścia - zresztą zawsze mogłąm go odwiedzić czy zadzwonić. (Dygresja: chociaż z tego co wiem teraz to On lepiej pamięta kiedy szły mi zęby , kiedy zaczęłam chodzić i inne takie szczegóły których nie zapamiętała moja Matka)
Nasze dzieci niestety widzą co się dzieje, biorą w tym udział (ja pamiętam tylko zamknięte drzwi kuchni - moje dzieci moga niestety mieć więcej wspomnień). 5 i 8 lat to już jednak jest trochę,żeby się martwić o płaczącą mamę i ciągle gadającego niezrozumiałe rzeczy ojca. Potem dzieci rysują mi laurki z serduszkami i opowiadają sny, że mamusia pojechała i nie wróci. Ale do M. to nie dociera. Wygłasza kolejną mowę, że dziecko leci rysować laurkę jak tylko na nie krzyknę i jest to moja wina bo krzyczę.

Idę spać , bo inaczej znów jutro będę miała zapuchnięte od płaczu oczy. Nie ma się co rozczulać, 'trza się w kupę wziąć'!! Ale na czym polega małżeństwo dalej nie wiem....




I znów to samo

Link 02.07.2011 :: 12:08 Komentuj (0)


Wczoraj mówił, że przemyślał i że nie będzie już turczył i wracał do tych samych tematów, że to nie jest takie ważne... Powiedziałąm, że nie wierzę. Tak samo nie wierzę jak on w to,żę sie zmienię i nie będę 'ciuciać' z matką. Powiedziałąm, że sie boję że to wróci jak nie dziś to jutro albo za tydzień. I wróciło ....po 12 godzinach.

NIe daję rady. Nie chcę żeby dzieci cierpiały widząc to wszystko. Moja rodzina jest psychicznie pokręcona, jego rodzina również. NIe wiem gdzie będzie lepiej dzieciom. Wiem, że dzieci mnie kochają i ja też je bardzo kocham, chociaż nie zawsze mam cierpliwość do nich. Staram się. Uważam, że on nie da sobie z maluchami rady. Mnie wysyła do sklepu z całą trójką ,żeby się przewietrzyły i ludzi zobaczyły. Sam zabiera góra jedno, i to starsze.

Podczas rozmów w zasadzie nie wiem o co tak naprawdę chodzi, jak mówię co uważam za jego błąd to słyszę ,że wszystko co zło to on(że ja i moja matka od początku go tak traktujemy), a jak powiem, że ja coś źle zrobiłam to z kolei jest pretensja, że stawiam się w roli tej pokrzywdzonej i się dołuję,że myślę tylko o sobie. to już nie wiem co robić. Ja staram się mu niczego nie wypominać, brać za dobrą monetę wszystkie jego działania. On potrafi wypomnieć wszystko to co było miedzy nami i to co dotyczy mnie i mojej matki od chwili moich narodzin. Wytyka jak chory układ panuje w mojej rodzinie od mojego dzieciństwa. Co go obchodzi jak mnie matka wychowywała i czy ja to akceptowałąm czy nie, jak roztrząsanie tego teraz ma mieć pozytywny wpływ na nasze relacje. Ja mu nie wytykam jego sytuacji rodzinnej choć uważam ją za dużo gorszą od mojej.

TAK. jestem egoistką. tak . myślę o sobie i siebie stawiam na pierwszym miejscu. Jestem tchórzem i tylko dlatego jeszcze nie popełniłam samobójstwa. Bałam się, że mi się nie uda i będę musiała życ 'po'. Bałam się, że znajdą mnie dzieci.

Co jest 'lepsze' żyć z dziadkami w spokoju (? jaka jest gwarancja tego spokoju????) czy z rodzicami słysząc ich wzajemne pretensje i kłótnie, widząc zapłakaną matkę i ojca wygłaszającego bezsensowne monologi.




...

Link 05.07.2011 :: 23:28 Komentuj (2)


Jeszcze daleko do jakiejkolwiek stabilizacji. Na razie tylko powiedziane głośno zostały pewne sprawy krążące wokół nas niczym sępy. Plotka to koszmarna rzecz z którą nie potrafię walczyć, a która rani bardzo mocno. Nie przejmować się plotką to też nie jest rozwiązanie. Tylko jak uświadomić, że ktoś jest nie tylko odbiorcą plotki ale przekazując ją do mnie tworzy ją sam?

Wiem jakie są wady mojej Matki, nie zmienię tego co już było. Może nie byłam idealnie wychowana, ale wiem, że to co robi nie ma na celu krzywdy mojej rodziny. Chce pomóc ale wszystko wychodzi na opak.

Też tak mam....




Kłótnia czy wymiana zdań?

Link 14.07.2011 :: 11:19 Komentuj (1)
Czy jak On mówi podniesionym głosem rzeczy których słuchanie sprawia mi przykrość, a ja bardzo często płaczę to jest jeszcze rozmowa? Dlaczego ja muszę wysłuchiwać przykrości na temat mojej Matki - 'bo to prawda'. I dlaczego On właśnie ma prawo Ją oceniać?


Szybki Qwiz

Link 22.07.2011 :: 00:00 Komentuj (3)
On twierdzi do Niej, że najlepsze co może zrobić jej matka to się powiesić.

W niedługim czasie po tym mówi, że Ją kocha (żonę , nie jej matkę). I w zasadzie chyba oczekuje rewanżu......

Pytanie za 100pkt : kto jest chory psychicznie? - On czy Ona?



ps. możliwa zbieżność osób i sytuacji przypadkowa....( i takie tam inne dupochrony jak w serialach...)
rozważanie teoretyczne...


Kto tu rządzi, czyli wnioski po wizycie u psychologa

Link 02.08.2011 :: 22:31 Komentuj (0)


Doczekałam się w końcu wizyty u psychologa. Dzięki Waszym komentarzom mniej więcej wiedziałam jaki obrać kierunek rozmowy i nie poszłam jak ciele po cudowne rozwiązanie moich problemów ale z konkretnym zarysem tego co chcę wyjaśnić i czego się dowiedzieć. Niemniej rozmowa (czy raczej mój monolog) była bardzo chaotyczna. Ale zrobiłam pierwszy krok i zamierzam iść dalej tą drogą. Pomimo braku konkretów poczułam się lepiej. Ten psycholog ma 'jakiś' plan, a ja potrzebuję planu na życie więc może uda mi się czegoś od niego nauczyć.

Padło też dość ważne pytanie, przynajmniej jak teraz się tak nad tym zastanawiam. "Kto rządzi w rodzinie?" Odpowiedziałam - On. Ale czy na pewno? Bo jak się teraz nad tym wszystkim głębiej zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że dryfujemy oboje. żadne nie podejmuje steru. Po finansowych problemach scedował na mnie wszelkie płatności i wścieka się tylko wtedy gdy mówię,że pieniądze już się skończyły. Dokąd są 'szafa gra', a On się nie wtrąca. Z dziećmi tez - zaczyna dyrygować dopiero wtedy jak zbytnio rozrabiają, albo robi się późno a oni są nie umyci i nie w łóżkach. Jak gdzieś jedziemy On oczekuje,że zorganizuję dzieci, siebie i całą resztę - On potrzebuje tylko znać godzinę wyjazdu.
A ja cały czas żyję w przekonaniu, że jestem ' tą gorszą' bo nie zarabiam, bo 'tylko' siedzę w domu z dziećmi.
Może się mylę, może jest jeszcze szansa na wyciągnięcie naszej rodziny na prostą. Tylko wszystko zależy ode mnie. I do TEGO właśnie potrzebny jest mi psycholog. Muszę z jego pomocą znaleźć siłę by się pozbierać, nabrać pewności siebie, nauczyć rządzić. Może oto właśnie chodzi....

Szkoda, że następne spotkanie jest dopiero za 2 tygodnie...




Zmęczona

Link 07.08.2011 :: 00:22 Komentuj (0)


Ostatnie dni były dla mnie baaardzo wyczerpujące fizycznie. W czwartek poszłam spać dobrze po północy, a w piątek wstałam przed piątą. Pojechaliśmy do Dużego Miasta odebrać nasze dziecię z wakacji u Babci. Wróciliśmy późnym popołudniem, Starszaki jakoś się trzymały, najmłodsze tylko marudziło bardziej niż zwykle. Dzisiaj natomiast korzystając z zapowiedzianych ostatnich chwil przed deszczem szalałam po ogrodzie. Wprawdzie nie udało mi się przyciąć całego żywopłotu (jak by nie patrzeć jest wielki), ale za to wyplewiłam pomidory, przycięłam krzaki bukszpanu i posprzątałam po sobie cały ten zielony bałagan. Jak doliczyć do tego pozbieranie kosza brzoskwiń i przerobienie części z nich na słoiki z kompotem to uzbiera się tego całkiem sporo.
Nie o tym jednak chciałam pisać... Fizycznie jestem piekielnie zmęczona, jutro pewnie nie będę w stanie podnieść ręki nad głowę - a jednak czuję się rewelacyjnie :) Ależ mi brakowało słońca! Mam nadzieję, że jednak zapowiadane deszcze będą tylko przelotne. MUSZĘ naładować 'akumulatory' przed zimą. Inaczej nie przetrwam szarugi i tych koszmarnych dni gdy wstaje się w nocy i idzie spać w nocy.




Jak zwykle

Link 08.08.2011 :: 23:20 Komentuj (0)


Jak już coś zaczyna się układać to zwykle trwa to tylko chwilę. Zaraz zaczyna się coś walić na głowę. Teraz też tak jest. Uspokoiły się awantury z moją Mamą to zaczeły się teraz schody między M. a jego Rodzicami... Mam nadzieję, że rozejdzie się po kościach, bo było ostro.




Psychologia związku

Link 17.08.2011 :: 08:10 Komentuj (0)


Wydawało mi się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku... Jak zwykle tylko mi się wydawało... Znów są pretensje i nieporozumienia. Ja już naprawdę nie wiem o co Mu chodzi. Niby mówi, że mogę robić wszystko co chcę, a jak robię to zaraz jestem z tego rozliczana w jakiś idiotyczny sposób i jest mi wytykane brak ambicji, poniżanie się i 'włażenie w d***' innym ludziom. Niby zawsze możemy dyskutować, ale On nigdy nie słucha tego co Ja mówię . Wiem: mam problem z komunikacją i zwykle nie potrafię przekazać tego co chcę albo nie znajduję argumentów przeciwnych Jego racjom. Ale czasami mam argumenty a On ich nawet nie przyjmuje do wiadomości.

Przykład: Babcia kupuje dzieciom słodycze i zabawki. Ja nie mam nic przeciwko: w końcu to Babcia i moim zdaniem ma prawo rozpieszczać Wnuki. On się wścieka, bo rozmawialiśmy o ograniczeniu kupna zabawek, bo dzieciaki je rozrzucają i tylko ja chodzę i je zbieram po całym domu. Wścieka się, bo to Moja Matka. (mój argument)Jego rodzice też kupują zabawki i słodycze i jest OK. Na co On: to on zabroni im kupować jeżeli MI to przeszkadza. Problem polega w tym że MI to nie przeszkadza bo uważam, że takie jest prawo Dziadków. Nie dociera do Niego, że to tylko Jemu przeszkadza, żę Moja Matka robi te zakupy. Jego argument: Bo Moja Matka chodzi potem po osiedlu i chwali się jakich to Ona zakupów dla Nas nie robi.... Jakoś mi się to w głowie nie mieści....

Dzisiaj kolejna wizyta u psychologa. Zobaczymy czy wogóle dojadę i jakie będą efekty, bo On mówi, że go to nie obchodzi, ale zachowuje się jakby to była totalna obraza majestatu.




Jesienny spokój

Link 25.08.2011 :: 22:29 Komentuj (1)


Kończą się wakacje, przed nami nowy rok szkolny. Mam nadzieję, że wraz z planem lekcji unormuje się też nasze życie. Wakacyjni goście pojadą do swoich domów i "zapomną" o nas do przyszłego lata.
Nie będzie aż tak różowo jakbym chciała, ale jest szansa na poprawę. U psychologa poznam wyniki pierwszych testów. Mam też zdecydować się czy chcę pracować nad sobą czy też nad relacjami w związku. Ten psycholog daje mi nadzieję i siłę na walkę o następny dzień. Chociaż tak naprawdę nic jeszcze nie zrobił....






........ Poprzednie

Załóż bloga

Archiwum

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty

Kategorie

Linki

ballada o zakręcie
bawimy-się
justmaga
justmaga BPS
nie tylko dzieciaki
w poMyskowym świecie
Szukajac rozwiazania
wczesna edukacja...
zeszydło

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl